krzysztof p nowak - opowiadania, wiersze, grafika
RSS
sobota, 31 grudnia 2011

 

Ładny mam kalendarz

Ładną pokazuje datę

rok dwa

tysiące dwunasty

lubię ładne numery

następny całkiem niezły

za dziesięć lat

potem dopiero

dwa tysiące sto dwunasty

cudo

mam nadzieję że jeszcze

będą kominiarze

bo inaczej kto

przyniesie mi kalendarz

00:30, krzysz-pan
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2011

 

mówią że poeta trzyma głowę w chmurach

zwykłe pieprzenie

wiersza wystarcza

żeby łeb

z sedesu wyciągnąć

22:10, krzysz-pan
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 grudnia 2011

 

Biedronka

tym razem po krawędzi chodzi

wlazła na piramidkę

teraz się wspina na lampę

Ofiaruję jej wierszyk

bez tego dupę gotowa przysmażyć

09:51, krzysz-pan
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2011

[i]

 

 

 

 

 

( z opowiadania: Rozmowa)

 

 

Coś zachrobotało w parapet, zastukało w okienną ramę, znów zachrobotało. Podniosłem wzrok znad komputera, patrzę a tu coś się przez uchylone okno walcuje. No, gołąb to nie był, zresztą o tej porze już spały. Kształt nigdy nie oglądany dotąd, ale dziwnie znajomy, z opisów chyba, bo skąd? W pierwszej chwili myślałem, że to jakieś zorro albo inne montechristo, ale nie… to w końcu już całkiem nie moje regiony, na co mi jakieś zorro? Płaszcz okazał się być parą błoniastych skrzydeł, a rzekoma maska była zwykłą twarzą w ciemnej karnacji. No, nie taką znowu zwykłą. Spiczasty podbródek, nieduży, ostry nos, ząbki jak igły, oczy świecące jak dwie latarenki. Pewno zwiałbym gdzie pieprz rośnie, ale cóż… różnych już miewałem gości i, prawdę mówiąc, mało który tak naprawdę istniał, więc się niezbyt przejąłem. Spomiędzy wąskich warg wysunęła się cienka ssawka, w którą wetknięty był papieros.

- Mógłbysz uchylić trochę, bo szię zaklinowałem – odezwał się późny gość – nie mówiącz już, że deszsz pada.

Niby nie ma sprawy. Chyba nie ma złych zamiarów skoro jawnie przychodzi. Otworzyłem szerzej okno.

Wszedł, otrząsnął skrzydła, kulturalnie, bo za okno, które zaraz zamknął, usiadł na parapecie.

- Może przysunąć fotelik.

- Na razie mi tu dobrze. Kaloryfer grzeje, więc szybcziej obeschnę.

- Jesteś wampir?

- Yhy. Matka była wampir, ojciec i babka. Dziadek to już nie wiem. Zmył się jak tylko babkę przeleciał. Nie zdążyła mu się dobrze przyjrzecz. Przepaszam, że szeplenię, ale to przez ten papierosz.

- Może go podpalisz.

- Teoretycznie mogę, chociasz nie lubię. To jest taki no, papierosz pokoju, żebysz widział, że szszafka zatkana.

- Znaczy przychodzisz na pogawędkę.

- Przynajmniej chwilowo. Mam nadzieję, ze szie dogadamy. Niektórzy mówią, ze nie taki z ciebie idiota jak by się zdawało i można ci czoś wytłumaczysz.

- Więc może wypal tego peta, bez niego będziesz wyraźniej mówić.

- To może zrób herbaty, czymś będę musiał szszafke przepłukać. Mówiłem, że nie lubię palenia. Brudy szame.

Spojrzałem na wampira. Ssawkę przepłukać. Miejmy nadzieję, że naprawdę o herbacie myślał… No cóż, zrobię. Na wszelki wypadek dwa dzbanki od razu. Zwłaszcza, ze mnie też w gardle zaschło. Tylko się uśmiechnął.

– Myślałeś, że będę chciał krfią umycz? Cosz ty? Naprawde chcze pogadać, no a dwa… brudną szszafkę do żyły pakować może tylko degenerat, a ja takim nie jestem, nie.

Cóż, wypadało uwierzyć. Wyglądał może trochę dziwnie, ale wrażenia degenerata nie robił. Odwrotnie nawet, coś było w nim takiego, że wzbudzał zaufanie.

Zaparzyłem więc zgodnie z postanowieniem dwa dzbanki herbaty i wróciłem do pokoju. Wampir wyglądał jeszcze dziwniej. Ponad nim unosiła się chmura dymu, on zaś bujał się biurku z rozanielonym wyrazem twarzy. Spojrzał na herbatę. 

- Widzisz, dobrze mówili, że nie jesteś[i]taki głupi. Ale nie wiem, czy ja będę mówisz wyraźniej. To nie jeszt tytoń. Sklepy były zamknięte, więc zabrałem fajke jakiemuś przdączowi. Czo ma się truć, taki mały. Ledwo go mama od szszafki odstawiła a ten za peta. No i właśnie… ten pet to czyszta marycha. Niezła nawet. Może bym skorzystał sz tego fotelika?

Powąchał, posmakował.

- Czo to za herbata?

- Złoty Yunnan.

- Wiesz, co dobre. Może naprawdę oprzytomnieję?

Popatrzyłem na delektującego się wampira. Może i oprzytomnieje, ale kiedy? A ja co mam do tego czasu robić niby?

- Jednego peta mu zabrałeś?

- Mówiłem, sze dbam o zdrowie dzieci – wampir wyciągnął spomiędzy skrzydeł paczkę – miał tego czały plecak. Szucił tym we mnie i dał drapaka. Ciwny jakisz cieciak. Mogę ci połowę zostawić. Pszeciesz nie będę trucizną handlować.

Marycha była rzeczywiście niezła…

 

 

Coś zastukało w parapet, zastukało w okienną ramę. Nawet nie patrzyłem co to, zgadnąć nie było trudno. Śmielej jakoś właziło. Niby znajomy. Fajkę pokoju mieliśmy za sobą, i to niejedną. Spojrzałem, tym razem nic w ssawce nie miał. Niby w szufladce niezły zapas po tamtej wizycie… Złych zamiarów chyba nie ma, wlazłby kiedy śpię.

- Sie ma – zagadał uprzejmie wampir - mogę klapnąć?

- A klapaj – odpowiedziałem równie uprzejmie – herbaty? Przepłuczesz ssawkę.

- Żeby to było po czym – westchnął – ale fakt, najbardziej brudzi się nieużywana. Dawaj ten suplement diety.

Musiałem przyznać, że miałem kulturalnego gościa. Może, ale w nienajlepszym humorze.

- Swoją drogą to ty się niezbyt ładnie zachowałeś wtedy.

Byłem prawdziwie zaskoczony.  Tamta wizyta przebiegła nam w  znakomitej atmosferze. Byłem pewien, ze się zaprzyjaźniliśmy.

- Nie zrozum mnie źle – podjął po chwili – jesteś w porządku gość jak na człowieka, ale spróbuj zrozumieć sytuację. Przecież ja istnieję tylko pro ba bas – wampir zaczął się jąkać.

Podpowiedziałem – probabilistycznie.

- Właśnie. Uczyłem się tego słowa pół dnia, żeby zabłysnąć, no i wyjaśnić rzecz bez kłopotu, a teraz co?

Wtrąciłem – ale przecież my istniejemy tak samo.

Mój gość nastrojony był filozoficznie – każdy byt  tak ma, ale widzisz – istnienie człowieka w ludzkim świecie jest całkiem prawdopo, no, podobne, ale gdy o nas idzie to nie bardzo. Mamy tak marną tą propabalistykę, że szkoda gadać. Powiem ci, że niekiedy sam nie mam pewności. A po maryśce to już jakby wcale. Spada do wartości ujemnych.

- Byłem pewien, że odwrotnie.

- Po pierwsze tylko z początku, a poza tym wtedy gdy pali człowiek. A po kilku wspólnych skrętach to można by smoka sprowadzić gdybyśmy sami najpierw nie zniknęli.

No fakt, coś sobie zacząłem przypominać. Najpierw mu te skrzydła jakoś pojaśniały, zmieniły się bodajże w płetwy, ale skoro popłynął, to nic dziwnego, potem zrobiły się jakby przezroczyste, a jeszcze potem  został tylko konturek i dymek. Tyle że dymku było sporo, więc jeden mniej, jeden więcej różnicy nie robił.

- Byłem przekonany, że tylko przysypiam.

- To też, ale potem. Ja byłem  już całkiem rozfiunięty.

 

 

 

 

 



10:37, krzysz-pan
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 grudnia 2011



a wszystko to gra

wyjątkowo tandetna

żadnego pomysłu na sen

te same strachy

co milion lat temu

nawet bilety na teatr ułudy

wciąż w tej samej cenie

jedno życie - jeden wstęp

22:01, krzysz-pan
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 grudnia 2011

 

                                  WYNALAZEK

 

Szef redakcji ziewał ostentacyjnie – i co takiego niby masz?

- Prawdziwa sensacja, bomba, mówię ci.

- Taka jak inne – Mark nawet się nie raczył odwrócić.

- Tym razem rewelacja. Podróż. Przez czas.

Mark ziewał o wiele potężniej – powiedz, czemu mnie to nie dziwi? Kiedyś musieli. I przyjdź jak skończą próby. Teraz daj mi pospać.

- Nie zamieszczać?

- Jak znajdziesz pustą linijkę na ostatniej stronie, tylko bez przesady. Pismo to nie śmieciarka. Zwłaszcza nasze.

 

Mały wpadł z całym plikiem gazet, maszynopisów, faksów.

- No i masz. Zakończyli. Wszyscy o tym piszą prócz nas.

- No i co? Zaczęli, więc skończyli, proste i logiczne.

- Nie powiesz mi, że nie ma się czym podniecać?

- Powiem, powiem.

- Nie wyglądasz na zachwyconego.

- Bo nie jestem. Ludzie to hołota, a czas to bardzo subtelna struktura.

Sam czas może nie. Był tylko czasem. Jak świat światem, a człowiek głupcem. Zwłaszcza to ostatnie. Mark świetnie wiedział, co ludzie zrobią ze swoim wynalazkiem. Przez krótki czas będzie on własnością naukowców, potem capnie go rząd. Trzecią siłą będzie armia. Kościół zacznie wszystko piętnować, rzecz prosta spragniony wyłączności. Do wynalazku dorwie się wielki biznes, na koniec skradną go terroryści, mafie i zwykłe zbiry. Kolejność różna.

- Mały, zrozum. Chwilowo opiekują się tym naukowcy. To dość spokojny gatunek, tylko czasem za dużo myślą. Złapie to rząd. To w sumie też spokojny gatunek, chociaż głupkowaty. Przyjdź, kiedy się zrobi naprawdę wesoło.

                         / z opowiadania Wynalazek/         


00:42, krzysz-pan
Link Dodaj komentarz »

 

postanowiłem że zostanę poetą

ostatecznie co mi szkodzi

skoro i tak

wiersz

za wierszem piszę

00:35, krzysz-pan
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 grudnia 2011

 

siedem wierszy to już prawie tomik

jeszcze ze dwa rypniemy

potem ilustracje

okładkę się ładną załatwi

cholera

a mnie się taboret rozsypał

miałem zreperować

05:52, krzysz-pan
Link Dodaj komentarz »
O autorze